|
Motywacja finiszowała za wcześnie |
| Drukuj |
|
|
Po ubiegłotygodniowym remisie w spalonych słońcem Markach przyszło nam grać mecz, w którym wszyscy zdecydowanie oczekiwali zwycięstwa. Gdybyśmy potrafili zagrać dwie równie dobre połowy, w meczu z Lotniskiem Modlin z dużym spokojem osiągnęlibyśmy swoje. Niestety doszło do powtórki z pierwszego z tą drużyną na jesieni, kiedy to dwukrotnie wychodziliśmy na prowadzenie, lecz rywal rzutem na taśmę osiągał wynik remisowy.
W porównaniu z poprzednimi meczami zmiany zaszły przede wszystkim na skrzydłach – prawą obronę trzymał pozycyjny obieżyświat Szlachcic, na prawym skrzydle kąsał dawno niewidziany Maciek Szewczyk, lewy bok pomocy miał zaś należeć do Ksawerego. Za grę w środku odpowiadali – bodaj po raz pierwszy w tym sezonie – Łukasz z Danielem.
Od samego początku zarysowała się nasza przewaga pozycyjna. Bednarska bza ruchliwsza, prowadziła grę, nie dopuszczała do groźnych sytuacji, a sama licznie je stwarzała i – co stanowi prawdziwy ewenement – potrafiła je w dużej części wykorzystać. Zaczęło się jednak od Ksawerowego slalomu na lewej i strzale niestety tylko w krótki słupek. Wyśmienita okazja! W dalszej części gry prawdziwe spustoszenie w polu karnym siali napastnicy Marek Wąsiński z Maćkiem Napiórkowskim. A to Marek doskonale uderzył z głowy, trafiając w kolejny słupek (już wzniósł ręce do góry, ale futbolówka nie podzieliła jego entuzjazmu), a to Napiór doskonale strzelił, lecz bramkarz zdołał obronić atak. Tym razem jednak wykazaliśmy się konsekwencją i potrafiliśmy odjechać rywalom. Najpierw Celej podał niewinnie, daleko od bramki, do Napióra, który włączył dwójkę, potem trójką, wykonał śmiały rajd między obrońcami i strzelił tuż obok Słupeczka, na szczęście po wewnętrznej stronie. Raz! Niedługo potem doskonała akcja zespołowa i wymiana kilku podań zakończyła się dokładnym dograniem na prawą stronę pola karnego do Szewczyka, który zasunął po dalszym słupku, odnotowując miłe dla oka trafienie i sprawiając sobie miły prezent na pierwszy i zarazem ostatni swój mecz w tej rundzie. Dwa! Zdezorientowani obrońcy Lotniska nieco pomogli w akcji wbicia (jak się wtedy wydawało) gwoździa do trumny – znalazłszy się w obliczu znakomitego pressingu Celeja, jeden z ichnich zawodników odbił piłkę od drugiego, ta odbiła się w stronę ich własnego pola karnego, gdzie już czyhał Marek; ten prawonożny zawodnik smyrgnął piłkę lewą stopą elegancką podcinką, niezaprzeczalnie wzorowaną na stu kilkudziesięciu bramkach Tomasza Frankowskiego. Trzy! Próbowaliśmy nie przesadzać z entuzjazmem i pilnować tego znakomitego wyniku, niestety w końcówce pierwszej połowy w nasze szyki wkradło się rozluźnienie, a przeciwnik cwanie wykorzystał praktycznie jedyną swoją groźną okazję w tej części meczu. Nie dość więc, że na przerwę schodziliśmy z wynikiem 3:1 (chociaż możliwe byłoby, na przykład, 6:0, i nikt z drużyny przeciwnej nie mógłby mieć pretensji), to jeszcze z kiełkującym niepokojem, że wypracowana przewaga nie daje jeszcze pewności co do zwycięstwa. Trudno opisać poziom zmęczenia, jakie spowodowała pełna zaangażowania gra w skwarze i duchocie. Podawaną wodą ratował nas Krzysiek Jagielski, zawodnik obecny niemal na wszystkich treningach i dosłownie na każdym oficjalnym meczu! Coraz częściej widnieje w protokole sędziowskim jako asystent trenera, przyglądając się postępom naszej drużyny na przestrzeni całej rundy.
W drugiej połowie wycieńczonych w popołudniowym słońcu skrzydłowych zastąpili Dodos i Marek Berger, niemniej jednak cała drużyna nie grała już z takim impetem i świeżością jak w pierwszej części. Walczyliśmy dalej, jednak nie przynosiło to już tak wymiernych korzyści – równa gra w obydwu częściach spotkania to kolejna kwestia, nad którą musimy popracować. Tymczasem przeciwnicy, choć nadal nie dochodzili do sytuacji, byli coraz bardziej sfrustrowani i agresywni zwłaszcza wobec sędziego. Ostatecznie skończyło się to czerwoną kartką dla jednego z rywali, a skrzywdzone w swoim mniemaniu Lotnisko zawzięło się i od tego momentu grało na swoim najlepszym poziomie. W nas również pojawiła się frustracja (chyba coraz większa liczba zawodników przeczuwała Lotniskowy okres Sturm und Drang), która jednak nie wpłynęła na drużynę w sposób mobilizujący. Niestety doszło do katastrofy – w ostatnich pięciu minutach zawodnicy gospodarzy zdołali wykorzystać nasze błędy, oddać dwa strzały życia i dwukrotnie umieścić piłkę w siatce. Sędzia zakończył mecz przy wyniku 3:3.
Ewidentnie Lotnisko Modlin ma na nas sposób. Choć jest to jedyna drużyna, która nie zdołała nas pokonać w obydwu rozegranych między nami meczach ligowych, to jednak dwukrotnie potrafiła wyszarpać podział punktów, my zaś nie byliśmy w stanie utrzymać zwycięstw, które znajdowały się już na wyciągnięcie ręki. W ten sposób, podobnie jak rundę jesienną, pierwszy sezon w historii klubu zakończyliśmy remisem. Symbolicznie, bowiem spotkanie ukazało zarówno możliwości Bednarskiej, jak też jej defekty. W tej rundzie pokazaliśmy, że potrafimy walczyć o dobry wynik w każdym meczu, niezależnie od klasy przeciwnika. Niekwestionowanym celem na kolejny sezon jest pokazanie, że potrafimy już w meczach regularnie zwyciężać. AKS LOTNISKO MODLIN – KS BEDNARSKA 3:3 (1:3)
5.6.2010, g. 17, boisko w Nowym Dworze Mazowieckim
Skład Bednarskiej: Franciszek Kempa (Br) – Jan Wąsiński (Kap), Dariusz Grzech, Aleksander Bruni, Marcin Szlachcic – Ksawery Zylber (↑↓ 55 min. Marek Berger), Daniel Pokorski, Łukasz Celej (↑↓ 85 min. Jan Komorek), Maciej Szewczyk (↑↓ 45 min. Dominik Mokrzewski) – Marek Wąsiński, Maciej Napiórkowski
Bramka dla Bednarskiej: Napiórkowski (30 min., asysta Celej), Szewczyk (35 min, asysta Napiórkowski), M. Wąsiński (40 min., asysta Celej) |
|
Marki (niemal) zdobyte |
| Drukuj |
|
Zapowiadana walka o punkty przeciw faworytowi – drużynie rezerw Marcovii – nie była słowami rzuconymi na wiatr. Jeszcze w październiku na naszym boisku adwersarz wklepał nam osiem bramek, dopuszczając do strzelenia tylko jednego (relację można poczytać w archiwum). Mecz przebiegał pod dyktando gości i nic nie można było na to poradzić. W majowym rewanżu zmieniło się niewiele – nadal goście okazali się stroną przeważającą. Na szczęście tym razem jednak chodziło o team z Bednarskiej.
W porównaniu z poprzednim meczem nastąpiła minimalna ilość zmian. Po dłuższej przerwie na załatwienie spraw papierkowych i przeczekanie wysokiej fali na Wiśle do składu powrócił Daniel, za prawą stronę po raz trzeci już w swojej bogatej karierze odpowiadał Zawadka w obronie, po raz tysiąc dziewięćset ósmy zaś – wyposażony w kapitańską opaskę, elegancki Dodsson w drugiej linii.
Przeciwnik, z pewnością pamiętając wynik z pierwszego meczu, rozpoczął spotkanie pewny swego, lecz z kilkuminutowej przewagi nie wyniknęło nic konkretnego. Bednarska natomiast rozkręcała się z każdą minutą, mozolnie, ale skutecznie i coraz częściej przedostając się z piłką pod pole karne Marcovii. Wielkie mareckie chłopy musiały przecierać oczy ze zdumienia – niedawny autsajder rozpanoszył się na ich połowie, nie czując żadnego respektu! Długo jednak brakowało skuteczności, atak Wąsacz-Napiór i Adaś po swoich iście wioślarskich rajdach ostrzeliwali bramkę gospodarzy, jednak brakowało kropki nad „i”. Aż wreszcie przyszła 37. minuta – minuta, która wstrząsnęła Markami, Ząbkami, Zielonką i Kobyłką. Marek i jego loki znaleźli się z piłką przed polem karnym przeciwnika i po chwili namysłu podali piłkę do stojącego po prawej Napióra. Ten szczwany lisek pola karnego umiejętnie zastawił się, wymuszając w ten sposób faul wpadającego nań zawodnika gospodarzy. Do rzutu karnego po raz trzeci podszedł Daniel, pewnym strzałem w lewy dolny róg pokonując bezradnego bramkarza Marcovii. Chwilę później niebywałą okazję do podwyższenia miał Diego Napiór, wpadając w pole karne, lecz posyłając piłkę obok bramki, ku rozpaczy lepiej ustawionego Marka (od razu przypomina się słynna akcja Żurawskiego z meczu Wisły Kraków z Lazio, kiedy brak prostego podania do Kuźby nie przypieczętował awansu polskiego zespołu, a potem zemścił się srodze). Zemsta Marcovii, która wyraźnie pogubiła się w swoich atakach, mogła nastąpić na chwilę przed przerwą, lecz sytuacyjny strzał został wspaniale muśnięty przez Franka, otarł się o poprzeczkę i na szczęście nie wpadł do bramki. Na przerwę schodziliśmy wycieńczeni wczesnopopołudniowym słońcem, ale bardzo zadowoleni z wyniku.
Druga połowa tym razem nie była słaba w naszym wykonaniu. Przeciwnik, co zrozumiałe, był stroną atakującą i próbował zepchnąć nas do rozpaczliwej obrony, czego osiągnąć nie zdołał. Blok defensywny we współpracy z linią pomocy funkcjonował bardzo dobrze, z prawej strony dobrze w powietrzu i na ziemi radził sobie zwinny Zawadka. Pomylił się tylko raz, co natychmiast musiało mu uświadomić, że funkcja obrońcy przypomina profesję sapera. Ten ofensywnie w duchu nastawiony zawodnik przymierzył z główki w samo okienko – niestety, był to górny róg naszej bramki. Ogromny pech nie załamał nas i nadal usiłowaliśmy dążyć do strzelenia kolejnych goli. Niemal udało się ze stałego fragmentu gry: raz Marek z Darkiem przeszkodzili sobie w główce przy rzucie rożnym, innym razem ostro bity rzut wolny mógł okazać się asystą, zabrakło jednak wykończenia głową. Jednakże najbliżej wybuchu euforii było w jednej z ostatnich akcji meczu: Świstak znalazł się w środku pola i podał na lewą stronę, tam, gdzie zwykle czarował on sam, Janek pociągnął z piłką aż w pole karne, nie dał się przepchnąć obrońcy, strzelił, bramkarz odbił, piłka – nieco zaskakująco – spadła na głowę Daniela, który przyładował piłką w sam środek poprzeczki. Zabrakło może kilku centymetrów! Ostatecznie więc zremisowaliśmy na boisku silnej drużyny, strzelając komplet bramek i ogólnie odgrywając pierwszoplanową rolę na przestrzeni całego spotkania.
W następny weekend ostatni mecz sezonu z Lotniskiem Modlin, z którym w poprzedniej rundzie zremisowaliśmy, będąc o włos od zwycięstwa. Skoro ostatnio autor relacji przepowiedział walkę o punkty z Marcovią, trzeba postawić sprawę jasno – na końcowe spotkanie jedziemy po komplet punktów.
MARCOVIA II MARKI – KS BEDNARSKA 1:1 (0:1)
29.5.2010, g. 13.30, boisko w Markach
Skład Bednarskiej: Franciszek Kempa (Br) – Jan Wąsiński, Dariusz Grzech, Aleksander Bruni, Marcin Zawadka Ż – Rafał Świstowski, Daniel Pokorski, Adam Czerniawski, Dominik Mokrzewski – Marek Wąsiński (↑↓ 85 min. Marcin Szlachcic), Maciej Napiórkowski (↑↓ 85 min. Jan Komorek) Bramka dla Bednarskiej: Pokorski (37 min., asysta Napiórkowski) |
W piłkarsko intensywnej końcówce maja stanęliśmy w szranki z rezerwami wyszkowskiego Bugu – drużyną, która w poprzedniej rundzie zgasiła naszą euforię po historycznym pierwszym remisie i na własnym stadionie załadowała nam sześć bramek. Tamten mecz, który zdążył już zostać opisany w dramatycznej relacji z pierwszej części sezonu, szczególnie dobrze wrył się w pamięć legendarnym braciom Wąsaczom, którym po raz pierwszy i po raz ostatni przyszło wtedy wspólnie i heroicznie bronić dostępu do własnej bramki na środku obrony (dodajmy, że zabrakło happy endu i powiązani genami herosi w starciu tamtym po prostu polegli). Owe zamierzchłe czasy pamiętało jedynie czterech zawodników z obecnego składu (!), a tylko Kurkowi i Celejowi przyszło zagrać na tych samych pozycjach co wówczas (odpowiednio – prawa obrona oraz środkowe rozegranie); Janek wąsaty umościł się na swojej dawnej żelaznej pozycji (lewa obrona), Marek kudłaty zaś, bardziej twórczy, choć jednocześnie bardziej kruchy, wraz z Napiórem miał decydować o sile ataku naszej drużyny. Naszym dwunastym zawodnikiem powinno okazać się słońce, które dość intensywnie oświetlało i ogrzewało granulki sztucznej trawy (nie ma bowiem co ukrywać, że lepsze mecze rozgrywamy bez stadionowych jupiterów, przy świetle dziennym). Rzecz jasna, poziom naszej motywacji, która była napędzana promieniejącą żądzą zemsty za zaćmioną klęskę w pierwszej rundzie, nie po raz pierwszy sięgał słonecznych wyżyn.
Chociaż tym razem obyło się bez debiutów absolutnych, to jednak spory pomór wśród środkowych pomocników i w liniach defensywnych spowodował, że kilku zawodników po raz pierwszy miało okazję zagrać w wyjściowym składzie. Dostępu do bramki bronić miał zwinny Franek Kempa, na prawej pomocy dziury wynikające z nieobecności kapitana Dodosa musiał łatać Olek Awdziejczyk, a Szlachcic tym razem wylądował na pozycji defensywnego pomocnika. Wartę na środku obrony pełnili Darek z Szurą – mieszanka statecznej rutyny z nieokiełznanym młodzieńczym entuzjazmem, a nieopisane jeszcze dwa miejsca w pomocy tradycyjnie wypełnił zamojski duet Świstak-Kwika. Obowiązki kapitana tym razem próbował spełniać żelaznoboki Janek.
W mecz weszliśmy bardzo dobrze, tak jak w przypadku innych spotkań rundy rewanżowej. Prezentujący bardzo wysoki poziom przeciwnik nie mógł zdominować gry i chociaż miał swoje szanse, jednocześnie musiał bardzo uważać, aby powstrzymywać akcje podbramkowe bednarskich zuchów. Nasze wysiłki – jak zwykle – nie zakończyły się jednak zdobyciem bramki, lecz jej stratą. Obcykany w wyższych ligach przeciwnik pokazał nam, jak należy takie sytuacje wykorzystywać; piękna prostopadła piłka do szybkiego jak wicher zawodnika na lewym skrzydle spowodowała, że rychło zrobiło się 0:1. Lewa strona przyniosła nam jednak również wyrównanie – Świstak pociągnął skrzydłem, w dryblingu stracił piłkę, ale natychmiast odzyskał ją kosztem zdziwionego zawodnika przyjezdnych, dograł płasko na linię pola bramkowego do Marka, który niespodziewanie dla wszystkich zawinął topspinowego lobika, jakiego nie powstydziłby się sam Roger Federer. Jak widać, Marek wyciągnął wnioski z poprzedniego meczu i solidnie potrenował tego typu zagranie (skoro nie na treningach, to zapewne na konsoli w domowym zaciszu). Trącona niby od niechcenia piłka odbiła się od słupka i wturlała do bramki, a my mogliśmy cieszyć się z doprowadzenia do remisu z tak silną drużyną. Niestety nie utrzymaliśmy tego wyniku nawet do przerwy. Tuż przed gwizdkiem sędziego wieńczącym pierwsze 45 minut straciliśmy piłkę we własnym polu karnym, futbolówka pohasała pośród stłoczonych zawodników obydwu drużyn, aż w końcu stojący tyłem do bramki przeciwnik spróbował dośrodkować, niespodziewanie – chyba nawet dla samego siebie – przelobowując bramkarza, tym razem naszego. Potem nastąpił jak zwykle najgorszy okres naszej gry – w trakcie pierwszego kwadransa po przerwie daliśmy się zdominować przeciwnikowi i dość szybko straciliśmy trzecią bramkę. Potem znowuż odzyskaliśmy wigor i cisnęliśmy przeciwnika w miarę naszych możliwości (w środku pola ścianą okazał się Leon Czyściciel – Marcin Szlachcic), jednak wskutek nieporozumienia obrony z bramkarzem straciliśmy czwartego gola, strzelając ją praktycznie własnym sumptem. W samej końcówce meczu zdołaliśmy za to – przy wykorzystaniu zagrań mozolnie powtarzanych na treningach – przeprowadzić naprawdę fantastyczną akcję wraz ze skutecznym (to nowość) wykończeniem. Piłkę w środku pola odebrał Szlachcic, podał do Świstaka, który uruchomił Napióra prostopadle zagraną piłką; Maciek zdołał dobiec do futbolówki, płaskim podaniem minąć bramkarza, a do pustej bramki z najbliższej odległości dobijał z zimną krwią Krzysiek Napierała.
Ostatecznie więc rezerwy Bugu okazały się drużyną lepszą, chociaż na pewno nie poza zasięgiem. Zdołaliśmy napędzić przyjezdnym stracha, a także zdobyć uznanie za naszą ofiarną grę i wyraźny postęp (opinia podsłuchana od opiekuna gości, który jeszcze przy stanie 1:2 relacjonował przez telefon przebieg meczu jakiemuś zapalonemu kibicowi z Wyszkowa).
Przy takim progresie formy przy następnej okazji zawalczymy o punkty, a Marek z pewnością ustrzeli hat tricka nieklasycznego (bo złożonego z samych lobów). Czy tak się stanie – przekonamy się o tym już w najbliższą sobotę w starciu z Marcovią.
KS BEDNARSKA – BUG II WYSZKÓW 2:4 (1:2)
23.5.2010, g. 18, boisko przy Konwiktorskiej 6
Skład Bednarskiej: Franciszek Kempa (Br) – Jan Wąsiński (Kap.), Dariusz Grzech, Aleksander Bruni, Mikołaj Kurek – Marcin Szlachcic – Rafał Świstowski, Michał Kwika, Łukasz Celej, Aleksander Awdziejczyk (↑↓ 45 min. Jan Komorek) – Marek Wąsiński (↑↓ 66 min. Krzysztof Napierała), Maciej Napiórkowski
Bramki dla Bednarskiej: M. Wąsiński (30 min., asysta Świstowski), Napierała (88 min., asysta Napiórkowski) |
|
|
Strzelając ślepakami |
| Drukuj |
|
Intensywny tydzień treningowo-meczowy przewidywał rozegranie meczu w dalekiej Nunie z tamtejszym Płomieniem, na szczęście przeciwnicy zlitowali się nad nami i przyjechali rozegrać mecz w roli gospodarza na naszym boisku przy sztucznym oświetleniu. Wbrew oczekiwaniom wszystkich widzów i telewidzów przed ekranami nie zmobilizowało to jednak naszych szeregów do zaprezentowania festiwalu strzeleckiego na własnym terenie.
Płomień Nuna to założony w podnasielskiej miejscowości klub działający przy tamtejszej Ochotniczej Straży Pożarnej. Od co najmniej dekady występuje na najniższym szczeblu rozgrywkowym, chociaż w sezonie 2001/2002 omal nie wygrał istniejącej wówczas klasy C. Drużyna ta z pewnością nie jest tak młodym i głodnym sukcesów organizmem jak KS Bednarska.
Mimo wszystko w pierwszym meczu górę wzięło doświadczenie Płomienia. We wrześniu Nuna złoiła nam skórę 1:6 lub 1:7 (kroniki spierają się o ten jakże ważki aspekt). Był to historyczny mecz, w którym choć przez chwilę nasza drużyna była na prowadzeniu – na 1:0 strzelił Maciek Szewczyk, niestety potem nastąpiło bramkobicie tylko w jedną stronę. Drużyna Płomienia, wcale przecież nienajmocniejsza w B-klasowej stawce, rozjechała nas dzięki przewadze fizycznej i zgraniu.
W pierwszym składzie na bramce zaprezentował nam się tegoroczny maturzysta Bratek, przy czym miał przed sobą niezwykle eksperymentalnie zestawioną obronę. Ponieważ generał „Karpik” nie mógł pojawić się na meczu, a profesor Grzech rozpadł się na przedmeczowej rozgrzewce, duet stoperów stworzyli Janek Kopacz z przesuniętym z prawej strony „Szurą”, za boki obrony odpowiadali zaś lewy Janek Wąsiński i prawy Zawadka (debiut w wyjściowej jedenastce). Na flankach w pomocy jak zwykle zagrali Świstak z lewej i kapitan Dodos z prawej, natomiast w środek pola wstawiliśmy aż trzech zawodników: cofniętego Adasia, łącznika Kwikę oraz ofensywnie nastawionego Celeja, który zagrał pierwszy mecz w rundzie wiosennej. Zaczęliśmy jednym wysuniętym napastnikiem; rolę tę spełniał Marek Wąsiński.
Od początku zapowiadało się, że zagęszczenie środka pola i zostawienie jednego strzelca na szpicy okaże się doskonałych rozwiązaniem. Jeszcze nie wszyscy zdążyli złapać pierwszą zadyszkę, a Celej już wypuścił Marka sam na sam; ten odważnie pociągnął kilka metrów, ale zdaje się, że o jeden metr za daleko; zmuszony do sytuacyjnego strzału zewnętrzną częścią stopy, kropnął tuż obok słupka, ale po niewłaściwej jego stronie. Potem jeszcze co i rusz miewał dostawał piłki od skrzydłowych i trzyosobowej fortecy w centrum boiska, niestety nie udało się zmienić wyniku. W obronie doskonale radził sobie Zawadka, czyszcząc wszystkie piłki górne i dolne i w ten sposób udaremniając każdą akcję zaczepną przeciwnika. Nie zawiedli też inni i to na przestrzeni całego meczu – jak się okazało, to był pierwszy mecz w naszej historii, w którym nie straciliśmy żadnej bramki!
Drugą stroną medalu okazało się to, że ani jednej nie strzeliliśmy. A sytuacji było bez liku. Grający od początku drugiej połowy Napiór zaliczał slalomy między przeciwnikami (niestety rzadko skierowane w stronę bramki), zdołał też nie trafić trzystuprocentowej główki, czym znowu zaskoczył nawet najstarszych górali. Piłkę meczową niewątpliwie miał jednak Marek, wychodząc na kolejne intymne rendez-vous z bramkarzem i raz jeszcze dostając kosza – a właściwie trafiając w poprzeczkę. Po zaskakującym krótkim wybiciu rożnego przed szansą stanął także Janek W., jednakże okazało się, że celownik w lewej stopie miał nielepszy do skuteczności szalejącego z przodu młodszego brata. Przeciwnik odgryzał się sporadycznie, choć niekiedy groźnie, w huraganowych nieskomplikowanych kontrach dając wykazać się Frankowi, który w drugiej połowie zaliczył udany debiut w bramce. Płomień Nuna grał nieco jakby wypalony, lecz ledwie tląca się drużyna rozgorzała po kłótniach z sędzią i dwóch kartkach dla tego samego zawodnika; okres gry w dziesiątkę wychodził przeciwnikom najlepiej, choć niestety również najbardziej brutalnie. Nic jednak nie usprawiedliwia naszej ofensywnej obstrukcji. Mecz zdecydowanie należał do tych, które należy wygrać, więc praktycznie nikt nie był zadowolony z tego – w sumie czwartego już – remisu.
Odblokowanie napastników miało przyjść w następnym meczu z Bugiem Wyszków.
PŁOMIEŃ NUNA – KS BEDNARSKA 0:0 (0:0)
19.5.2010, g. 20, boisko przy Konwiktorskiej 6 (jako gospodarz wystąpiła drużyna z Nuny) Skład Bednarskiej: Michał Bratkowski (Br) (↑↓ 45 min. Franciszek Kempa (Br)) – Jan Wąsiński, Jan Kopacz, Aleksander Bruni, Marcin Zawadka – Rafał Świstowski, Michał Kwika (↑↓ 45 min. Maciej Napiórkowski), Adam Czerniawski, Dominik Mokrzewski (Kap.) (↑↓ 75 min. Mikołaj Wojciechowski) – Łukasz Celej – Marek Wąsiński (↑↓ 80 min. Marcin Szlachcic) |
|
|
Znamienity szlachcic i profesor Grzech |
| Drukuj |
|
Po wyrównanym, ciężkim meczu z wiceliderem z Dąbrówki przyszedł moment, kiedy trzeba było zmierzyć się z drużyną z pierwszego miejsca tabeli. Wyprawa do Łomianek miała okazać się jeszcze jednym prawdziwym testem wartości zespołu. Testem, który pokazał kilka słabości, ale też kilka bardzo ważnych cech.
Klub Sportowy Łomianki II to zaplecze silnego klubu z okręgówki, z ambicjami do awansu do wyższej klasy rozgrywkowej; jeszcze kilka lat temu klub radził sobie w IV lidze. Poważnie podchodzi do funkcjonowania zaplecza kadrowego. O determinacji i dużym stopniu organizacji niech świadczy fakt, że drużyna rezerw ma własną (!), tętniącą życiem stronę internetową. Drużyna dysponuje całym sztabem szkoleniowym, a także zbiera materiał zdjęciowy (w tym także z naszego meczu: http://kslomianki2.futbolowo.pl) i prowadzi dokładne statystyki swoich zawodników, dzięki czemu wiadomo, że dysponuje szalenie groźnym duetem napastników, autorów ponad dwudziestu bramek w tym sezonie. Założony w 1993 roku klub zajmuje pierwsze miejsce w tabeli i pewnie kroczy po awans do A klasy. Sami byliśmy ciekawi, na ile bednarski Dawid mógł zaskoczyć łomiankowego Goliata.
Za pierwszym razem nie zaskoczył. Poprzedni mecz z Łomiankami, jaki rozegraliśmy na początku października, zakończył się honorową porażką 0:3, chociaż mogło być znacznie, znacznie gorzej. Przeciwnicy dominowali na naszym boisku, przede wszystkim fizycznie, gdy jednak trzeba było – również technicznie. Nasi stoperzy po wielokroć cierpieli po ostrych wejściach drużyny przyjezdnej. Z tamtej surowej lekcji B-klasowego futbolu wyciągnęliśmy wnioski o tyle, że już tydzień później udało się zdobyć historyczny punkt kosztem PUG-u Bielany.
Minęła zima, zaczęła się wiosna, przyszła pora na rozegranie rewanżu z faworytem B klasy, który wyraźnie prze w stronę awansu – pech chciał, że znowu musieliśmy zagrać przy niespodziewanych osłabieniach. Okres maturalny zupełnie przetrzebił nasze bramkarskie szyki, wobec czego na bramce stanął najwyższy w drużynie Marcin Szlachcic, w poprzednich meczach spełniający rolę napastnika. W środku obok Michała ostatecznie zagrał Adaś, dzielnie zastępując wykluczonego Daniela. Do ciekawej roszady doszło w ataku, bowiem po raz pierwszy w tej rundzie zagrał Marek Wąsiński, przez pół poprzedniej rundy ostoja środka defensywy o elegancji i aparycji Carlesa Puyola. Tym razem liczyliśmy, że Marek zagra jak Lionel Messi, a przynajmniej jak polski Messi. W duecie z Napiórem zaprezentowali się bardzo obiecująco, potrafiąc przyjąć piłkę, przytrzymać, rozegrać z pomocnikami. W drugiej połowie w KS Bednarska zadebiutował kolejny zawodnik – Janek Komorek, który raz zdołał zakręcić obrońcami na prawej stronie i dośrodkować, choć strzał któregoś z napadziorów nie znalazł drogi do bramki.
Bramki straciliśmy w pierwszej połowie, zbyt łatwo dopuszczając przeciwnika do oddania strzału z daleka (pierwszy gol) oraz do dośrodkowania wykończonego strzałem głową (na 2:0). Łomianki potrafiły innych odsyłać z bagażem co najmniej kilku goli, w meczu z nami jednak licznik zatrzymał się na dwóch. Potem nastąpił popis gry obronnej, zwłaszcza w wykonaniu Karpika i Darka. Szczególnie Darek co i rusz dokonywał „cudów ocalenia”, potrafiąc przerwać praktycznie każdą akcję przeciwnika. Naprawdę czapki z głów przed iście profesorską postawą.
Raz jednak Darek nie miał wyjścia – po cudzym błędzie musiał sprowokować rzut karny, powstrzymując łomiankowego napastnika. Zawodnik żółto-czarnych stanął przed ogromną szansą na zdobycie gola; wszak „jedenastka” to prawie pewny gol, zwłaszcza gdy między słupkami stoi nominalny zawodnik z pola. Tym razem jednak stało się inaczej, a bohaterem został nasz p.o. bramkarza, imć Szlachcic. Skorzystał z nienajlepszego strzału wykonawcy i po pięknej paradzie zdołał zapobiec utracie kolejnego gola. Brawo!
Mecz został przegrany, ale pokazał spory potencjał zarówno w ofensywie, jak i defensywie. Następne pokolenia piłkarzy Bednarskiej będą opowiadać legendy o zacnym Szlachcicu, który piłkom się nie kłaniał, a wrogom nie oddał ani piędzi swojej bramkarskiej ziemi, oraz o wspaniałym Grzechu, który dał wszystkim poglądową lekcję języka obronnego.
Łomianki muszą liczyć się z tym, że następnym razem nie przebiją się przez bednarski mur ani razu. No pasarán!!!
KS ŁOMIANKI II – KS BEDNARSKA 2:0 (2:0)
9.5.2010, g. 11, boisko klubu z Łomianek
Skład Bednarskiej: Marcin Szlachcic (Br) – Jan Wąsiński, Dariusz Grzech, Bartosz Karpiński, Mikołaj Kurek (↑↓ 52 min. Jan Komorek) – Rafał Świstowski, Michał Kwika (↑↓ 87 min. Piotr Kowalczyk), Adam Czerniawski, Dominik Mokrzewski (Kap.) – Marek Wąsiński (↑↓ 79 min. Mikołaj Wojciechowski), Maciej Napiórkowski (↑↓ 84 min. Marcin Zawadka) |
|
|
Mecz z deszczem |
| Drukuj |
|
W ostatni dzień długiego weekendu wszyscy świętowali rocznicę Konstytucji 3 Maja, przy czym prawdziwi piłkarze czynili to na boiskach B-klasy. W planach mieliśmy złożenie hołdu Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu w formie kilku pięknych goli, ostatecznie jednak z dużej chmury spadł mały deszcz i obyło się bez bramek z naszej strony. Nie obyło się za to bez dużej chmury i jeszcze większego deszczu, co zapowiadało prawdziwą powtórkę ze słynnego „meczu na wodzie” z 1974 roku. Tym razem nie zmierzyły się jednak drużyna Polski przeciw reprezentacji RFN-u, lecz KS Bednarska w boju z GKS-em Dąbrówką. Niebo zdawało się płakać, przewidując naszą indolencję strzelecką.
Gminny Klub Sportowy Dąbrówka to obok Bednarskiej jeden z najmłodszych uczestników w stawce, bowiem powstał w 2005 roku, a formalnie w 2008 roku – poprzednio funkcjonował pod szyldem Polonii Kuligów. W pierwszym sezonie w B-klasie uplasował się w górnej połówce tabeli, w drugim – obecnym – notuje jeszcze lepsze wyniki, ocierając się o czołówkę i bezlitośnie nokautując drużyny z dołu tabeli.
Tak właśnie wyglądało pierwsze starcie GKS-u z Bednarską, rozegrane na jesieni minionego roku w Dąbrówce. Osłabiona brakami kilku obrońców nasza drużyna zagrała – ledwie dwa dni po poprzednim meczu, ledwo zipiąc fizycznie – w eksperymentalnym ustawieniu, co niestety doprowadziło do zupełnego zdominowania meczu przez gospodarzy. Dość powiedzieć, że do przerwy było wówczas 6:0, ostateczny wynik brzmiał 11:0, a liczba „zero” odnosiła się nie tylko do bramek, ale też celnych strzałów na bramkę, składnych akcji oraz procent nadziei na korzystny wynik. Na rewanż czekaliśmy z ogromnymi oczekiwaniami, by zmazać plamę i pokazać prawdziwą wartość zespołu.
Pech chciał, że do meczu znowu przystąpiliśmy w osłabionym składzie – w porównaniu z poprzednimi meczami brakowało choćby duetu z Zamościa (Michał i Rafał), grającego na lewej stronie świeżo upieczonego małżonka (Ignacy), generała środka pola (Daniel), a także gwiazd poprzedniej rundy, nieobecnych od początku obecnej (Łukasz Celej i Marek Wąsiński). W tych okolicznościach za lewą flankę odpowiadali twardy jak skała „Kowal” oraz siejący zamęt Janek Wąsiński, za środek dwóch stachanowców Janek Kopacz z Adasiem, w ataku zaś zagraliśmy taktycznie klasycznym duetem drągal + snajper (tym razem: Szlachcic z „Napiórem”).
I trzeba powiedzieć, że drużyna zagrała z zębem, zwłaszcza w pierwszej połowie nie odpuszczając rywalowi ani piędzi trawy. Ściślej – ani kawałka granulowanej sztucznej trawy… Jak w każdym meczu tej rundy, dzięki wspaniałej postawie obrońców nie daliśmy się zdominować przeciwnikowi, u którego każdy zawodnik mógłby robić furorę w rugby w formacji młyna. Waleczność stała po naszej stronie i kilka razy napędziliśmy stracha faworytowi spotkania. Oddaliśmy kilka strzałów, egzekwowaliśmy rzuty rożne, staraliśmy się nie dopuszczać do zagrożenia pod naszą bramką. Niestety nic nie mogliśmy poradzić w końcówce pierwszej połowy, kiedy po rzucie wolnym któryś z zawodników Dąbrówki gruchnął jak z armaty, a piłka zatrzymała się w samiutkim górnym rogu bramki. Bramka niczym z cyklu „Stadiony Świata”, niestety. Wcześniej kilka razy próbował kąsać Szlachcic, a w pewnym momencie Dodos wrzucił ze skrzydła zawiesistą piłkę na drugą stronę pola karnego, gdzie Wąsacz nie był w stanie uderzyć futbolówki głową ze sporego kąta, natomiast tuż przed gwizdkiem kończącym pierwszą część spotkania „Napiór” główkował, będąc w idealnej sytuacji, niekryty, ledwie kilka metrów przed bramką. Pech chciał, że przed szeroką na ponad siedem metrów bramką trafił akurat w szerokiego na kilkadziesiąt centymetrów bramkarza. To jedna z takich sytuacji, które śnią się po nocach przez następne trzydzieści lat z okładem najpierw pechowemu strzelcowi, a potem jego dzieciom i wnukom. Po przerwie nasza gra nie wyglądała już tak dobrze, zwłaszcza, że po zaledwie kilku minutach straciliśmy drugą bramkę. Nikt jednak nie załamywał rąk i do końca staraliśmy się odwrócić losy spotkania, zwłaszcza w końcówce stwarzając sobie kilka wybornych okazji (wejście „Mikułki” jako fałszywego napastnika, a trzeciego napastnika w ogóle, poszerzyło wachlarz opcji w ataku), żadnej jednak nie wykorzystując. Po ostatnim gwizdku zawodnicy Dąbrówki krzyknęli z radości, że zdołali dowieźć dobry wynik, co z przebiegu gry wcale nie było takie oczywiste. Nokautu nie było, wypunktowanie – niestety tak. Ogólnie zagraliśmy twardy, solidny mecz (podziękowania dla przeciwnika za grę fair play), w którym zabrakło nam jednak skuteczności i szczypty szczęścia przy pierwszej straconej bramce.
Następny mecz rozegramy w niedzielę na wyjeździe ze zdecydowanym liderem B-klasy – rezerwami Łomianek. Swego czasu u siebie przegraliśmy z tą drużyną trzema bramkami. Pora, by użądlić niekwestionowanego faworyta!
KS BEDNARSKA – GKS DĄBRÓWKA 0:2 (0:1)
3.5.2010, g. 18, boisko przy Konwiktorskiej 6
Skład Bednarskiej: Marcin Bratkowski (Br) – Piotr Kowalczyk (↑↓ 70 min. Mikołaj Wojciechowski), Bartosz Karpiński, Dariusz Grzech, Aleksander Bruni – Jan Wąsiński, Adam Czerniawski, Jan Kopacz, Dominik Mokrzewski (Kap.) – Marcin Szlachcic (↑↓ 60 min. Krzysztof Napierała), Maciej Napiórkowski (↑↓ 60 min. Marek Berger) |
|
|
Wisła wstrzymana, lecz niezawrócona |
| Drukuj |
|
Po dwutygodniowej przerwie futbol ligowy wrócił na polskie stadiony – w tym również na stadioniki i sympatyczne kartofliska B-klasy. Bednarska tym razem podejmowała u siebie Wisłę Zakroczym, drużynę, której od pół roku mieliśmy coś do udowodnienia. Zwycięstwo było już na dobrej drodze do mety, niestety jednak zawieruszyło się gdzieś po drodze. Ludowy Klub Sportowy Wisła Zakroczym ma swoje korzenie w międzywojennym zespole (wtedy jeszcze nie „ludowym”), który szalał po boiskach ówczesnych okręgówek. Godny odnotowania sukces zakroczymscy sportowcy odnieśli jednak już na początku III RP w młodzieżowej… Spartakiadzie – juniorzy LKS-u wywalczyli w 1990 roku tytuł mistrza Mazowsza. W tamtym czasie klub występował pod bardziej warzywnym szyldem (Ogrodnik Zakroczym), a do historycznej wiślackiej nazwy wrócił piętnaście lat temu, na stałe wpisując się w krajobraz mazowieckich trawiastych i piaszczystych muraw.
Meczem w Zakroczymiu debiutowaliśmy latem poprzedniego roku w rozgrywkach B-klasy. W wówczas nieopierzonej drużynie nie wszystko jeszcze działało jak w szwajcarskim zegarku (być może ze względu na dziury w formacjach bardziej na miejscu byłoby porównanie do szwajcarskiego sera), natomiast warto wspomnieć o tamtych pionierach: szykami obronnymi zawiadywali doświadczeni rugbyści Krzysiek i Mariusz Liedelowie, gdzieś w środkowej strefie boiska hasali sędziwi absolwenci Bednarskiej, lokalne legendy Łukasz Bluszcz i Artur Kurasiński, a bardziej z przodu operowały kolejne dwa bednarsko-braterskie duety – Wąsińskich oraz Zawadowskich. Gospodarze zdominowali nas wówczas tężyzną fizyczną, szybko strzelając trzy bramki, i dopiero wówczas zapachniało sensacją, bowiem najpierw Janek strzelił historyczną pierwszą bramkę Bednarskiej w B-klasie, następnie spartaczył jeszcze lepszą okazję, a w jego ślady wkrótce poszedł Dodos. Zamiast wyrównania pojawiły się groźne kontry i ostateczny wynik brzmiał 6:1 dla Wisły. Już wtedy jednak liczyliśmy, że rewanż będzie wyglądał zupełnie inaczej.
I wyglądał. Odmieniona drużyna Bednarskiej wyszła w składzie, który co najmniej w 75 proc. stanowi w tej chwili trzon zespołu. Przeciwnik tym razem nie mógł liczyć na tężyznę, skoro w naszej jedenastce ponownie znalazły się takie chłopy na schwał, jak Karpik, Darek czy Daniel. Kolejne roszady nastąpiły tylko w ataku, gdzie zagrał względny weteran z absolutnym debiutantem – czyli Janek wraz z długo wyczekiwaną nadzieją, Davidem Beckhamem polskiego futbolu – „Napiórem”. Przede wszystkim jednak drużyna ponownie wygrała batalię w środku pola i stworzyła sobie multum groźnych sytuacji, niestety pojawił się klasyczny piłkarski szkopuł – z owych sytuacji wykorzystywaniem. W jednej z nich próbował pomóc nawet bramkarz gości, wykonując klasycznego „boruca", jednak dobrze wychowany Janek instynktownie i topornie postanowił z takiego prezentu nie skorzystać. Szkoda. Udało się to tylko raz, kiedy wskutek agresywnego pressingu obrońca gospodarzy pogubił się i sam wyłożył piłkę przed pole karne Świstakowi, a ten już wiedział, jak grzmotnąć nie do obrony (wiedział choćby stąd, że wcześniej grzmotnął nieskutecznie). Ciekawie wyglądały obydwa skrzydła, skąd piłkę wrzucali Michał i Dodi. Wiślacy zdołali jednak wyrównać przed przerwą, co wyraźnie nas podirytowało, bowiem niemal przez cały czas byliśmy stroną przeważającą. Na drugą połowę wyszliśmy z wyretuszowanym atakiem i zamiarem nastrzelania przeciwnikowi worka brameczek. Los chciał, że udało się tylko z rzutu karnego po faulu na Ksawerym (przydała się umiejętność efektownego padania z podwójnym toeloopem – czyżby jakieś doświadczenia w sekcji łyżwiarstwa figurowego, a może po prostu uważne śledzenie włoskiej myśli szkoleniowej?). Daniel z zimną krwią wytrzymał presję, zmylił bramkarza i po chwili mógł się cieszyć z drugiego gola w rozgrywkach ligowych. Kiedy wydawało się, że kolejne bramki dla Bednarskiej są kwestią czasu, nieoczekiwanie pod koniec meczu jeden z drągali z Zakroczymia wykorzystał rzut rożny, pakując piłkę głową obok Bratka, za to do siatki. Wynik 2:2, który mógłby ucieszyć nas w wielu innych okolicznościach, przyjęliśmy z poczuciem niedosytu, bo przydarzyła się powtórka ze starcia z Lotniskiem Modlin. To zdecydowanie mogło być pierwsze zwycięstwo odniesione na własnym boisku!
Skoro nie wyszło dzisiaj, wyjdzie jutro – a de facto w sobotę nad Zalewem Zegrzyńskim. Nie będzie to jednak weekendowa rekreacja na plaży, lecz twarde piłkarskie starcie z Rotavią Nieporęt. Oby zakończone cenną zdobyczą punktową!
KS BEDNARSKA – LKS WISŁA ZAKROCZYM 2:2 (1:1)
21.4.2010, g. 20, boisko przy Konwiktorskiej 6
Skład Bednarskiej: Marcin Bratkowski (Br) – Ignacy Święcicki, Bartosz Karpiński, Dariusz Grzech, Aleksander Bruni – Rafał Świstowski (↑↓ 83 min. Łukasz Andrzejewicz), Michał Kwika Ż (↑↓ 83 min. Mikołaj Wojciechowski), Daniel Pokorski, Dominik Mokrzewski (Kap.) – Jan Wąsiński (↑↓ 45 min. Ksawery Zylber), Maciej Napiórkowski (↑↓ 45 min. Marek Berger)
Gole dla Bednarskiej: Świstowski (28 min., bez asysty), Pokorski (70 min., z karnego, asysta Zylber) |
|
|
|
<< Start < Poprzednia 1 2 Następna > Ostatnia >>
|
| Wyniki 1 - 11 z 19 |